Momenty (oraz Spokoarmia). Karrot Kommando 2012

Marika & Spokoarmia
Momenty
KARROT KOMMANDO
2012.10.20
CD

1 Momenty
2 Widok
3 Risk Risk
4 Baqaa
5 Rewe
6 Najtrudniej
7 Look Around Ya
8 I Feel
9 Smoki
10 Ostatni raz
11 Phatty Bom Bom
12 Someday / feat. Mothashipp & Lutan Fyah

  • Rewe
    Kto dzisiaj słuchać chce rewolucyjnych pieśni
    Kto długo w nocy nie śpi
    Bo kreśli śmiałe plany, które trudno ucieleśnić
    Kto nie boi się, że wariatem nazwą go współcześni
    Na słodkiej konfiturze normy mała plamka pleśni
    Żyjemy w dziwnych czasach, mówisz
    Pokaż mi, które nie były
    Tak samo miłość i nienawiść serce nam pompuje w żyły
    A póki ono nie ustanie
    Życie nieustannym jest wyzwaniem
    I więcej treści w prostym geście zmieścisz
    Niż najlepszym nawet hologramie
    Wiem, mogę zmieniać świat
    Choćby w promieniu metra
    Znam takich, co nie trawią siebie
    A chcą zmienić wszechświat
    Czy się boję? Pytanie! Czasem boję jak diabli
    Czy się poddam?
    Kto przyszłość zna, nie tacy już słabli
    Radzą „lekkie piosenki i żadnego patosu
    Chcą mieć piwo i skandal – ty się lepiej przystosuj
    Mostów nie pal i śmiej się tam, gdzie inni się śmieją”
    Czy mam żyć tak i czadzieć, skoro wszyscy czadzieją?
    Ja nie wiem, ile tutaj jeszcze będę lat
    Znam zdanie jedno, co trafia w sedno
    Do odważnych należy świat.
     
    Smoki
    Obwąchujemy się, jak psy
    Badamy swoje czułe punkty 
    Schowaliśmy pazury i kły 
    I chcemy przejść do drugiej rundy
    Owijasz watą pięści bo
    nie chcesz mi zrobić krzywdy 
    Chwilami tylko boję się,
    Że rundy tej nie będzie nigdy 
    Weź mnie za rękę i prowadź w ten swój las.
    Długo uczono nas objaśniać świat 
    Jak postępować, by przeżyć 
    Zamki, wyprawy, smoki – to Ty 
    Ja czekam na ciebie w wieży
    Coś nie pasuje już na oka rzut
    Bo jestem trochę rycerzem i panną 
    czyszczę paznokcie ze smoczej krwi 
    I czeszę włosy nad wanną 
    Wiesz, mam tych smoków serdecznie dość 
    Chcę tobie oddać połowę 
    Myślę o ciepłej kąpieli , gdy 
    Ścinam kolejną dziś głowę 
    Odważ się, odważ, nie daj się zwieść 
    Pozwól odetchnąć mi z ulgą 
    Napiszę najsłodszą pieśń na twą cześć 
    i żyli prędko i krótko.
     
    Baqaa
    To przecież wcale nie koniec, bo kiedyś spojrzę ci w oczy
    A to nie będą źrenice, siateczka żyłek i białka
    To przecież wcale nie koniec, bo wezmę ciebie za rękę
    I nie poczuję skóry i tak nietrwałe, jak kalka
    Poczekaj na mnie trochę, pakuję wrażeń torbę
    Za duże przywiązanie do dłoni, piersi, bioder
    Ogromny głód oddychania, śniadania i kolacje 
    Tak lubię spać, chcę się kochać, chce mylić się i mieć rację 
    Ja wydrapuję prześwit – mały, jak główka szpilki
    Uczę się nie czuć żalu, studiuję jak się milczy
    Być może wreszcie spojrzę dalej niż czubek nosa
    Zobaczę cię, a siebie rozsypię jak popiół z papierosa.
     
    Widok
    Dziesięciolatek w jednej szkole koniecznie musi mieć iPada
    Bo reszta stada dawno ma i nie wypada mu odstawać
    Ledwie ulicę dalej inny dzieciak jedzie
    Na baltonowskim chlebie, margarynie z tanim dżemem
    O nie, to nie jest standard Gessler w niedzielę
    Małolat nie jest bity w ciemię, zalicza semestr
    Fakty do kupy składa prędzej niż Ikeę
    Przecież okrętem sobie musi szybko być i sterem
    I wcześnie biega w innym stadzie, chociaż na pewno dałby radę
    Rozwalić tego od iPada w matematycznej olimpiadzie
    Matka nie pyta o nic, trochę z ulgą, trochę z bólem patrzy
    On wraca i na stole kładzie papier z królem…klasyk
    W dorosłe gry szybko gra, zamiast beztrosko się śmiać
    Takie kontrasty widzę tu co dnia
    Warszawę znasz tę z telewizji, guzik wciśnij i to zostaw
    Zobacz ludzi…tak niewielu mieszka w loftach.
    Jest trzecia w nocy, a ja nie mogę wciąż oderwać wzroku
    Moknie Mokotów, mokną rogatki w odległości kroków
    A z nimi całe tuziny papierowych ślicznotek, co
    Na wietrze teraz lekko z chłodu drżą
    Poranny czeka je exodus zza wycieraczek samochodów
    Romantyzmem tego widoku spokojnie możnaby obdzielić
    Ponad cztery sezony seriali z Wenezueli
    Tu można oberwać, jak wszędzie, tak samo można dostać wielkie serce
    Jest silna, dumna i namiętna – czuję to im wrastam głębiej w nią.
    Niespodziewana miłość, Wisła dziewięciu mostów
    Wrastam w Dom Cudów i Śródmieście pełne paradoksów.
     
    Momenty
    Pracujesz siedem dni w tygodniu
    Nie masz czasu pomyśleć, czego chcesz
    Że poziom życia Ci się podniósł
    Powinno, a nie cieszy Cię
    I trochę więcej chyba pijesz
    I coś tam czytasz, coś tam jesz
    Sny Ci się nie śnią, choć możliwe 
    Że to nie życie, tylko sen
    I wszystko ciągnie się jak kisiel
    Aż marzy Ci się jakiś grzech
    A tu kolejny dzień i tysiąc 
    Telefon, mail, następny stres
    Czy Ci to w ogóle daje radość?
    I gdzie jest miłość?
    Gdzie jest sens?
    U innych szukasz odpowiedzi
    A ona tylko w Tobie jest
    Są momenty 
    Kiedy wszystko idzie nie tędy
    Traci smak i pigmenty
    Dzień nie cieszy następny
    Zupełnie tak, jakbym zdrapała już wszystkie zdrapki
    I zamiast takich samych trzech 
    Na każdej – różne obrazki
    Ale nie ufam loteriom 
    Kiedy czuję się źle
    Staram się brać mniej serio wszystko, co drażni mnie
    Popatrz: ten, co Ci wyglądał na permanentnego szczęściarza 
    jutro może mieć kłopoty
    Takie okazje stwarza życie
    I zdarza się, że z dnia na dzień ktoś traci jego sens
    Bo oparł wiarę o człowieka lub o rzecz
    Wiesz co?
    Na sobie zbuduj swoją siłę
    I w dupie miej 
    Czy nazwą Cię geniuszem, czy debilem
     
    Najtrudniej 
    jest wybaczyć sobie 
    Gdy zrobisz tak, że głupi czujesz się i zły 
    Stopniowo się wypala w Tobie człowiek 
    I ciągle czujesz brud, choć myjesz się do krwi 
    Najłatwiej mówić sobie ‚jestem słaby’ 
    Tak uzasadniać czemu lecę głową w dół 
    Myślisz że tego nie znam? Aż za dobrze.
    Mam rozczarowań takich cały wielki zbiór 
    A siła ognia, którą myślisz, że ja noszę 
    Ja ją wyszarpywać muszę niejednego dnia 
    Czasami na wznoszącej się unoszę 
    A bywa, że jak ćpun się sprzedam za jej gram 
    Nadzieja zmięta tłucze się o uszy głuche 
    Ja muszę brać się w garść i szansę nową dać 
    Tej najkochańszej i znienawidzonej osobie
    Co mnie zadziwia ciągle, tak, to jestem ja.
    Jeśli pozwolisz Cię zaprzyjaźnić 
    Już nigdy Ciebie nie zabłądzę 
    Jeśli pozwolisz się sobą zająć 
    To, co zrobiłaś, mocno zapomnę
    A ty śpij spokojnie.